Kochani, do napisania świadectwa zostałam „popychana” przez Pana Boga już od dawna, ale „broniłam się rękami i nogami”. Dziś nie wytrzymałam. Dziś wbrew wszystkiemu i wszystkim chcę mówić o Miłości mojego życia. Bo kiedy mój świat się rozpadał, kiedy zabrakło światła dla rozbicia ciemności spotkałam Jezusa… Przyszedł, dotknął mnie, uzdrowił fizycznie i duchowo, rozjaśnił spojrzenie, przywrócił marzenia.  Byłabym nie fair w stosunku do Niego, gdybym się tym z Wami nie podzieliła. Jestem Mu to winna, bo przecież nadal każdego dnia prowadzi mnie i daje tyle cudownych znaków swej żywej Obecności! Nie będę opisywać tutaj całego swego życia z Nim i bez Niego, bo nie starczyłoby mi na to miejsca na stronie :-), ale skupię się na konkretach, których ominąć nie sposób. A więc posłuchajcie :-)

Kiedy Go poznałam miałam już męża,  dzieci, psa oraz zdiagnozowaną epilepsję z napadami toniczno-klonicznymi. A czego nie miałam? Marzeń, nadziei, ani planów na przyszłość, bo wszystko czego się do tej pory chwytałam okazywało się być totalną klapą lub kompletnym niewypałem… Borykałam się z niekończącymi się kłótniami z mężem, który wciąż zastanawiał się kiedy wreszcie zacznę zarabiać pieniądze i tym samym pomogę mu w utrzymaniu domu. Moja praca jako kury domowej była dla niego mało ważna. Czułam się sfrustrowana i samotna, jak ktoś kto niczego nie osiągnął i zmarnował swoje życie oddając je niesłusznej sprawie. Choroba, która przyszła nagle jeszcze bardziej zburzyła mój świat! Brak jakiejkolwiek optymistycznej wizji na kolejne lata spowodował, że myślami zaczęłam wracać do przeszłości. W głębi duszy pojawił się żal, że kilkanaście lat temu zakończyłam moją edukację tylko na maturze. Doskonale wiedziałam, że z takim wykształceniem znalezienie pracy, która by mnie choć trochę satysfakcjonowała graniczyło z cudem. Tak więc wszystko zmierzało ku jednemu, ku totalnemu zniechęceniu, ku nicości… Zaczęłam rozmyślać co by było gdyby? Gdybym kilkanaście lat temu się tak szaleńczo nie zakochała w moim mężu? Gdybym tak wcześnie nie zaszła w ciążę? Gdybym nie zachorowała? itp. Jednym słowem zaczęłam żałować każdej podjętej w młodości decyzji. Jeśli kobieta, grubo po trzydziestce, zaczyna z nostalgią wracać do przeszłości, to raczej nie wróżyło to niczego dobrego, ale w tym wypadku było inaczej.

Pewnego wieczoru ( było to jakieś 8 lat temu ) pełna bólu w sercu krzyknęłam bezgłośnie  Jezusie Synu Dawida ulituj się nade mną! Na odpowiedź nie musiałam długo czekać.  Pan Jezus dotknął mojego serca i mojego życia… Poczułam to całą sobą choć nie od razu zdałam sobie sprawę z Jego obecności. On nie ma przecież zwyczaju robić wokół siebie zamieszania. Jest cichy, dyskretny i absolutnie wyjątkowy. Nie wiem jak długo  siedziałam opowiadając Mu ze szczegółami o moim nieudanym życiu. W każdym razie nie przerwał mi nawet na chwilę. Czułam, że rozumie mnie jak nikt dotąd. Mało tego… byłam przekonana, że jest w stanie zaradzić wszystkim moim problemom. Jemu nie przeszkadzał, ani mój stan cywilny, ani majątkowy, ani mój wiek i wykształcenie, a z moją chorobą poradził sobie niemal natychmiast ( ot odebrał mi ją raz na zawsze! ) Przy Nim czułam się ważna właśnie taka jaką byłam! Przez całe swoje życie nie doświadczyłam od nikogo takiego bezinteresownego zainteresowania, jak właśnie wtedy podczas naszego pierwszego spotkania. Jednak nie miałam wtedy pojęcia, że przygoda z Nim dopiero się zaczęła…

Od tamtej pory spotykaliśmy się codziennie. Niewiele mówił, ale zawsze z uwagą słuchał. Było to dla mnie niezwykle ważne, bo w domu prócz psa nikt mnie słuchać nie chciał. Nie powiem, były gorsze dni, zdarzało się że Jego towarzystwo czasem mi też przeszkadzało. Nie byłam przyzwyczajona do takiej troskliwości, jaką mi na każdym kroku okazywał. Niby był przy mnie, pocieszał mnie, a jakby go nie było… Jego małomówność czasem mi doskwierała. Zdarzało się, że pytałam o radę, a On nie chciał udzielić mi odpowiedzi. A może wcale nie chciałam jej słyszeć? Sama nie wiem. Reasumując na początku nie było nam łatwo,  ale czyż nie mówi się że początki zawsze są trudne? Często nadal chodziłam wściekła i rozżalona i zarazem tę złość wyładowywałam na Nim, a On za każdym razem wszystko mi wybaczał. Nic nie było w stanie zmienić Jego miłości do mnie. Czułam się kochana jak nigdy dotąd. Pamiętam jak któregoś dnia po raz kolejny wylewałam przed Nim moje smutki związane z brakiem wykształcenia,( co wiązało się według mnie, z bylejakością mojej przyszłości). Był, to wówczas główny powód mojego marudzenia ( bo jak już wspomniałam chorobę zabrał mi niemal od razu) I wiecie co On  mi wtedy uświadomił??? Że nigdy nie jest za późno na marzenia, a tym bardziej na naukę… Zamurowało mnie,  ale On tak długo „wiercił mi dziurę w brzuchu” i wspierał mnie swoim przy mnie trwaniem, że zdecydowałam się przystąpić do egzaminów wstępnych na wyższą uczelnię. Co prawda miałam trochę wątpliwości co do wyboru kierunku studiów, ale On za to nie miał ich wcale! :-) Nie chciałam robić kolejnej rzeczy wymyślonej przez siebie, bo moje dotychczasowe wybory jakoś zawsze okazywały się trefne. Postanowiłam więc całkowicie Mu zaufać i  zaczęłam  przygotowania do egzaminów wstępnych na kierunek wybrany przez Niego :-) Przez 10 miesięcy, każdego dnia pomagał mi w tym . Podsuwał książki, materiały i dodawał otuchy. Gdyby nie On, stres pewnie pożarłby mnie doszczętnie. Jego obecność i doping bardzo mi pomogły. Nie umiem nawet tego wyrazić słowami.  W końcu nadszedł dzień egzaminów. Pojechałam  i zdałam!  Co było potem??? Oj, różnie bywało! Przede wszystkim borykałam się z brakiem pieniędzy ( studia były zaoczne!), a ja nie pracowałam. Mimo, to On na każdym kroku utwierdzał mnie w przekonaniu, że z Nim mogę wszystko :-) Nawet studiować nie mając pieniędzy! I tak też było! Pan Bóg zadbał o wszystko! Dziś jestem już na 5 ( ostatnim ) roku studiów. Znalazłam świetną  pracę, ( raczej powinnam powiedzieć dostałam świetną pracę ) w którą wkładam całe swoje serce, bo jest ona dla mnie OGROMNYM PREZENTEM od Boga. Zauważyłam też, że moje relacje z mężem zmieniły się na lepsze. Kocham i czuję się kochana :-)!

Ale to wciąż jeszcze nie koniec :-) Każdego dnia jestem zaskakiwana Bożym działaniem w życiu moim i moich przyjaciół z Przymierza Miłosierdzia :-) Pan Bóg przecudownie łączy nasze serca w jedno wielkie serce… Dziś odczuwam wstyd i żal, że tego nie zauważyłam od razu. Tyle czasu musiało upłynąć, abym na nowo zrozumiała gdzie moje miejsce… Wiele wątków z mojego życia ominęłam, bo naprawdę jest tego tak dużo, że nie jestem w stanie podzielić się tym tutaj, chcę tylko zaakcentować jedno: MÓDLMY SIĘ I WSŁUCHUJMY W NASZE SERCA, ABY NIE PRZEGAPIĆ BOŻEGO SZEPTU. Jeśli będziemy wytrwali Pan Bóg poprowadzi nas krok po kroku i nie będziemy mieli wątpliwości, że to jest właściwa droga! I ostatnia rzecz na jaką chciałabym jeszcze zwrócić uwagę. Otóż rzadko bywałam na spotkaniach Przymierza Miłosierdzia, wciąż wydawało mi się, że to nie dla mnie. I choć byłam na wspólnotowych rekolekcjach i dwukrotnie gościłam misjonarzy PM w swoim domu - wciąż mnie coś od tej Wspólnoty odciągało. Mimo to  z drugiej strony wciąż czułam się z nią mocno związana. To było dziwne uczucie, niezrozumiałe dla mnie. Dziś wszystko się wyjaśniło. Pan Bóg pozwolił mi zrozumieć. Pokazał, jak wiele możemy razem ( we wspólnocie!) nie osobno w domu! Moja radość jest tym większa, iż miałam okazję przekonać się kolejny raz jak Duch Święty działa w  ludziach, po to by z małej iskry rozniecić wielki ogień :-) Bądźmy misjonarzami Bożego Miłosierdzia, wszędzie tam gdzie Pan Bóg nas posyła, w naszych domach, rodzinach i na ulicach, ale nie zapominajmy o wspólnocie, o tym, że razem możemy więcej! Bądźmy razem w sercu Boga!

I na koniec kilka podziękowań :-) Pan Jezus podczas mojej drogi nawrócenia systematycznie poznawał mnie z wieloma ludźmi ( wszystkie te osoby poznałam w Kościele! ) Dzięki Nim udało mi się podnosić po każdym upadku, a było ich wiele… Moi kochani przyjaciele Wy wiecie jak wiele Wam zawdzięczam. Jeśli czytacie moje słowa, to z pewnością domyślacie się, że o Was mówię :-) DZIĘKUJĘ!

E.


Aliança de Misericórdia | Przymierze Miłosierdzia | PM Wolsztyn
Copyright © 2013-2017 Przymierze Miłosierdzia w Wolsztynie