Skrzynka intencji

email

Dlaczego w posłudze kapłańskiej konieczne jest dziś posługiwanie się charyzmatami?

AC: Prosi o to sam Jezus! Jego słowa przytacza św. Marek: „Idźcie na cały świat i głoście Ewangelię wszelkiemu stworzeniu […]. Tym zaś, którzy uwierzą, te znaki towarzyszyć będą” (Mk 16,14.17). Gdyby z Ewangelii według św. Marka wyciąć opisy cudów, niewiele by z niej pozostało. Człowiek potrzebuje znaków, i to znaków bardzo konkretnych – stąd cuda, uzdrowienia, charyzmaty.

Głoszenie Ewangelii „na sucho” nie daje takich rezultatów, bo ludzie nie chcą słuchać wciąż tych samych słów, do których do tego stopnia się przyzwyczaili, że już nic im nie dają. Współczesne społeczeństwo jest bardzo zranione, niezrównoważone, zdezorientowane. Oddala się od Boga, gubi sens życia, zatraca jego smak, bo tylko Jezus może dać pełnię życia. Dlatego potrzeba znaków miłosierdzia.

W jaki sposób leczyć ludzkość zranioną przez to, że oddaliła się od Boga?

EP: Europa potrzebuje nowej ewangelizacji. Często, zwłaszcza w Mediolanie, spotykamy się z osobami ze świata mody, sztuki, teatru, które nigdy nie chodziły do kościoła. Spotkania te organizowane są zazwyczaj przez ich przyjaciół, którzy zostali wcześniej uzdrowieni i zarażeni Duchem Świętym.

Kiedy Pan uzdrawia z uzależnienia od alkoholu, z depresji czy z innych utrapień, taka osoba jest do tego stopnia przepełniona radością, że musi się nią podzielić. Oto, jak działają uzdrowieni: opowiadają o swoim doświadczeniu, zapraszają tysiąc, półtora tysiąca osób do wynajętych sal i mówią. Nie organizują tych spotkań w kościołach, by łatwiej było przyjść tym, którzy z Kościołem mają jakieś kłopoty.

Osoby, które nie chodzą do kościoła, nie tyle zniechęciły się do niego, ile oddaliły się od pewnej formy religijności, która już dzisiaj nie przemienia, nie dotyka. Dlatego postrzegamy charyzmaty jako szczególną łaskę, którą Pan kieruje przede wszystkim do niewierzących czy niepraktykujących. Dla wierzących samo uzdrowienie nie jest aż tak istotne. Są często powoływani na drogę ofiary, krzyża. Natomiast dla niewierzących uzdrowienie jest konieczne jako instrument dla początkujących, aby uwierzyć, że jest Ktoś, kto kocha, kto się o nich troszczy.

W Brazylii widzimy to szczególnie wyraźnie wśród bezdomnych. Często żyją oni w tak skrajnie trudnych warunkach, że żadne argumenty nie skutkują. Wtedy jedyną siłą, którą dysponujemy, jest nałożenie rąk. Takie właśnie momenty przekonują nas o istnieniu Kogoś, kto przez nas działa.

Piętnastoletnia dziewczyna, całkowicie zanurzona w świecie narkotyków i prostytucji, zobaczyła Jezusa i usłyszała: „Oddaj narkotyki misjonarzom i zmień swoje życie”. Oddając je, powiedziała: „Policja nigdy nie znalazła u mnie narkotyków. Wam oddaję, bo chcę zmienić swoje życie”. Własnymi siłami nigdy byśmy tego nie dokonali.

AC: Wielu kapłanów wciąż jeszcze ma mentalność średniowieczną. W tamtych czasach wszystko było postrzegane w Bożej optyce: sztuka, kultura, filozofia, historia. Wszystko było Kościołem. Dziś ciągle jeszcze jesteśmy związani z tamtą mentalnością, podczas gdy sytuacja jest diametralnie różna. Człowiek naszych czasów jest zraniony do głębi duszy. Dlatego tak wielką rolę odgrywają psycholodzy, psychiatrzy, nawet wróżki.

My, kapłani, zatrzymujemy się na poziomie moralizowania i sądzenia, zamiast przygarnąć człowieka, okazać współczucie, miłosierdzie. Ciągle jeszcze nie mamy odwagi zobaczenia tej prawdy, bo nie mamy mocy daru uzdrawiania wewnętrznego. Uzdrawianie osoby na poziomie psychiki następuje przez odkrywanie trapiących ją problemów, a na to potrzebne są długie miesiące. W wypadku działania Ducha Świętego wewnętrzne uzdrowienie następuje w jednej chwili.

Człowiek zostaje dotknięty, spotyka się z Jezusem. Takie doświadczenia przemieniają też kapłana. Wyobraź sobie, jak wiele by się zmieniło, gdyby wszyscy duchowni zabrali się za nową ewangelizację. To jest niełatwa droga, którą zgodnie z pragnieniem Jana Pawła II Kościół powinien podjąć.

W jaki sposób rozpoczęła się wasza droga posługiwania charyzmatami?

EP: Musieliśmy się odważyć na to, by zacząć wszystko od początku. Miałem wtedy 45 lat, Antonello 48. Żyliśmy we wspólnocie ukierunkowanej na pomoc ubogim, podobnej trochę do tej założonej przez Matkę Teresę. To była dobra wspólnota, nie mieliśmy jednak tyle wolności, żeby rzucić się w nurt nowej ewangelizacji.

Większość czasu spędzaliśmy w klasztorze, zajmując się domem, ogrodem, administracją. Nie widzieliśmy nędzy ludzi, choć była ona na wyciągnięcie ręki. Czuliśmy potrzebę bycia bliżej ubogich. Na ulicach ludzie umierali z głodu, a my nie mogliśmy ich przyjąć i posadzić z nami przy wspólnym stole. Nie żyłem w zgodzie z własnym sumieniem. Myślałem: „Moja babcia była osobą świecką, a przyjmowała ubogich w swoim domu. A ja, który poświęciłem całe swoje życie dla drugiego człowieka, nie mogę uczynić tego samego?”. Budziło to we mnie duchowy niepokój.

Spotkałem kiedyś na ulicy chłopca, który błagał mnie: „Zabierz mnie z tego życia”. On płakał, a ja nie mogłem go przyjąć do mojego domu. Inny bezdomny mówił: „Pukałem do drzwi wielu klasztorów i domów prowadzonych przez osoby duchowne, ale nigdzie nie było dla mnie miejsca. Oni mnie przyjęli”. „Oni” to była prostytutka i alkoholik. W tym momencie usłyszałem słowa Jezusa, który mówił: „Grzesznicy i prostytutki wejdą przed wami do królestwa niebieskiego”. Czułem wtedy, że w życiu konsekrowanym Ewangelię zastępują słowa, które Jezus słyszał od faryzeuszy i którym z taką siłą się przeciwstawiał.

Za zasłoną życia konsekrowanego i kapłańskiego stwarzamy sobie spokojne życie, podczas gdy naszym pokojem jest utrata własnego, ziemskiego pokoju dla pokoju Chrystusa. Zastąpiliśmy reguły ostrożnością, podczas gdy Jezus chce od nas chrześcijańskiego szaleństwa.

Przez sześć lat staraliśmy się zaszczepić te wartości w naszej wspólnocie. Chcieliśmy, by otworzyła się ona bardziej na ubogich, na charyzmaty i na nową ewangelizację. Jednak posługiwanie charyzmatami było traktowane jako brak zrównoważenia, chęć zwrócenia na siebie uwagi, rodzaj fanatyzmu. Z drugiej strony podczas nabożeństw słyszeliśmy krzyki wokół nas, ludzie zapadali w spoczynek w Duchu Świętym, widzieliśmy zmiany, jakie w nich zachodziły. Zrozumieliśmy, że dla naszych przełożonych byliśmy ciężarem, uwieraliśmy jak kamyk w bucie. W końcu sami zaproponowali nam, byśmy sprawdzili, czy Bóg nie chce od nas czegoś innego.

Nasi ojcowie duchowi pomogli nam rozeznać, że nadeszła pora, aby zrobić pierwszy krok. Poprosiliśmy o zgodę na życie przez miesiąc poza wspólnotą. Potem poprosiliśmy o rok. Kilka osób zwróciło się do nas z prośbą o możliwość dzielenia z nami nowej drogi życia. Na początku roku 2000 zrodziła się nowa, mała, uboga wspólnota, która nazywa się Przymierze Miłosierdzia. Jest to wspólnota najmniejszych. Bóg powołuje nas, by „zbierać” tych, dla których przyszła ostatnia godzina ratunku: kryminalistów, narkomanów, dzieci porzucone na ulicy.

Szukając ubogich, trafiliście do Brazylii.

EP: Brazylia to kraj, w którym występują olbrzymie różnice klasowe. Minimalna płaca to 120 euro. 70 procent ludności tyle właśnie zarabia lub mniej. Pozostali zarabiają dwa, trzy tysiące razy więcej. Ta monstrualna dysproporcja jest przyczyną przemocy. Częste są napady z bronią w ręku. Co minutę w Sao Paulo kradziony jest samochód, a każdego roku ginie 15 000 osób. A przecież to tylko jeden stan! W Sao Paulo w więzieniach przebywa około sześciu tysięcy dzieci i około 200 tysięcy dorosłych.

AC: Istnieje też problem społeczny. Sao Paulo od dawna było uznawane za miejsce, w którym zawsze można znaleźć pracę. Napływali więc tam ludzie ze wszystkich stron Brazylii. W tej chwili tylko w samej stolicy jest ich 25 milionów i zdecydowana większość nie ma żadnej możliwości pracy.

O Brazylii słychać wiele sprzecznych informacji – z jednej strony o ogromnej pobożności, a z drugiej o silnych działaniach antyklerykalnych, masońskich, o okultyzmie...

AC: Ma to swoje korzenie w przeszłości. W 1560 roku król Portugalii otworzył więzienia i uwolnionych ludzi wysłał do Brazylii. W tym samym czasie napływali też do Brazylii Afrykańczycy ze swoją kulturą okultyzmu. Rządzący tam Portugalczycy zmuszali ich do przyjmowania chrześcijaństwa. Afrykańczycy, z obawy przed utratą życia, przechodzili na katolicyzm, obawiając się jednak zemsty ze strony swoich bogów, zaczęli ich utożsamiać z Matką Bożą, ze świętymi… Te dwie kultury przeniknęły się wzajemnie, tworząc mieszankę, która przetrwała do dziś. Stąd też religia chrześcijańska współistnieje z takimi wierzeniami, jak umbanda, makumba czy spirytyzm.

Problem zaczął się nasilać, kiedy Amerykanie przysłali do Brazylii protestantów, którzy mieli zniszczyć religię katolicką. Co roku 1 procent katolików przechodzi tu na protestantyzm. A jest to wyłącznie kwestia stylu nabożeństw – aspekt charyzmatyczny, tak wyraźny w Kościele ewangelickim, jest po prostu bliższy brazylijskiej mentalności. Dlatego właśnie kotwicą trzymającą katolików w Kościele jest Odnowa w Duchu Świętym i inne ruchy charyzmatyczne, które potrafią ożywić Kościół. Około 10 procent wszystkich katolików w Brazylii (około 8 milionów ludzi) należy do Odnowy w Duchu Świętym.

Antonello, a jak ty dojrzewałeś do waszej decyzji o założeniu nowej wspólnoty?

AC: Prowadziłem piękne, spokojne życie kapłańskie. Z dzisiejszej perspektywy mogę powiedzieć, że przez te osiem lat cała moja praca, wszystkie wysiłki zachodziły na poziomie psychiki, intelektu. Aż nagle pojawiło się coś, czego wcześniej nie znałem: zacząłem doświadczać działania samego Jezusa. Przyszło to niespodziewanie. Nie wiedziałem wtedy, co to jest spoczynek w Duchu Świętym. Nie miałem pojęcia o śpiewie w językach, nie stykałem się z Odnową w Duchu Świętym. Byłem przełożonym w seminarium.

Nagle podczas adoracji zacząłem śpiewać w językach. Teraz mogę powiedzieć: „śpiew w językach”, ale wtedy nie wiedziałem, co się ze mną dzieje. Wyśpiewywałem niezrozumiałe dla mnie słowa, ale śpiew ten sprowadzał na mnie głęboki pokój. Byłem z tyłu, za wszystkimi. W pewnym momencie dwóch seminarzystów, którzy znajdowali się obok mnie, upadło na podłogę. Nie wiedziałem, co się stało. Zawołałem lekarza, kazałem otworzyć wszystkie okna, poprosiłem o wodę do picia. Bałem się, że nie żyją. Potem, kiedy już byłem w Brazylii, coraz głębiej poznawałem spoczynek w Duchu Świętym i inne znaki charyzmatyczne.

Czym więc jest dar spoczynku w Duchu Świętym?

AC: Spoczynek w Duchu Świętym to szczególny stan duszy, w którym człowiek odczuwa ogromny pokój wewnętrzny, cichą radość, ukojenie, miłość Bożą i tęsknotę za Bogiem. Większość osób nie traci w tym stanie świadomości. Może mu towarzyszyć nagłe osunięcie się na podłogę w wyniku prowadzonej modlitwy. Dzieje się to przy nałożeniu rąk przez osoby modlące się nad konkretnym człowiekiem. Jest to związane z rozluźnieniem całego ciała, dlatego osoba „spoczywa”, podobnie jak dzieje się to we śnie.

Kiedy szedłem na spotkanie z wami, jeden z moich współbraci powiedział: „Spytaj, czy rzeczywiście konieczne jest to całe zamieszanie”. Dlaczego wychowani w wierze w sposób tradycyjny reagują z pewnym sceptycyzmem na charyzmaty?

EP: Kiedy zaczynaliśmy, misjonarze mówili: „Przyjdź, Duchu Święty, ale bez efektów specjalnych!”. Nas też to wszystko trochę przeraża. To jest chodzenie po wodzie. Droga religijna oparta na formułach i rytuałach daje poczucie ludzkiego bezpieczeństwa. Poruszasz się po obszarze dobrze ci znanym. Wiesz, że nie zajdziesz dalej, niż chcesz. Inaczej jest z ruchem charyzmatycznym. Ojciec Raniero Cantalamessa, kaznodzieja Domu Papieskiego, mawia, że doświadczyć wylania Ducha Świętego to jakby oddać ster własnego życia w ręce drugiej osoby. To nieprzerwane wyzwanie – również dla nas.

Nigdy nie wiemy, jak Bóg pokieruje życiem naszym i wspólnoty. Zdarza się, że przez charyzmaty Ducha Świętego Bóg ciągnie nas za uszy, każe zmienić kierunek, zmusza do podjęcia kroków wymagających we wspólnocie dużej odwagi. Na początku zawsze jest strach. Na przykład misjonarze wyruszają na misje bez pieniędzy, śpią na ulicy, pod mostami. Idą ewangelizować tam, dokąd Pan ich prowadzi. W każdym z nas – nie tylko w ludziach, którzy jeszcze nie znają Ducha Świętego – taka sytuacja budzi opory.

Niesienie tak ogromnej mocy czasem przyprawia o bóle żołądka. Za każdym razem, kiedy celebrujemy chwile uzdrowienia, przeżywamy moment niepewności: co się stanie, przed czym tym razem Duch Święty nas postawi? Jest to sytuacja całkowitego zawierzenia, zdania się na coś, co pozostaje w totalnej sprzeczności z naszą tradycyjną mentalnością, często zamykającą drzwi Duchowi Świętemu.

Czy mimo nieprzewidywalności istnieje scenariusz waszych spotkań modlitewnych?

AC: Składają się z kilku różnych elementów. Jednym z nich jest kazanie. Trzeba mówić w sposób żywy, pozwolić się prowadzić Duchowi Świętemu, który przez nas działa. Wtedy modlitwa może dać owoce. Pan zawsze – w taki czy inny sposób – daje ci poznać, czy głosiłeś według Jego wskazówek, czy według własnej teologii. Daje znaki, wyrażające się zdaniem wypowiedzianym przez kogoś z obecnych, płaczem ludzi, spoczynkami w Duchu Świętym – a wszystko to podczas kazania. Wielu zostaje wtedy uzdrowionych, wielu się nawraca.

Kolejny element to adoracja. Celebrując w każdy czwartek Mszę Świętą, zaczynam od godzinnej, półtoragodzinnej modlitwy o uzdrowienie. Następnie odprawiam krótką Mszę, po niej ma miejsce adoracja i procesja. Wtedy następują uzdrowienia. Adorację, niezależnie od tego, czy trwa trzy godziny, czy 20 minut, należy przeżywać. Może to być cudowne doświadczenie Boga, ale jest to zawsze czas adoracji, a nie żywiołowości. Wreszcie ostatni moment: wielbienie – świętowanie, radość, kiedy ludzie zaczynają skakać i klaskać przed Najświętszym Sakramentem.

Różne osoby z różnym natężeniem przeżywają poszczególne momenty. Nie powinno się niczego hamować, blokować, ale pozwolić się prowadzić Duchowi Świętemu. Trzeba mieć otwarty umysł, być gotowym na wszelkie możliwości. Podczas wczorajszego spotkania w Poznaniu był moment, gdy oklaski zabrzmiały jak wybuch. Ludzie nie chcieli przestać. Wtedy poczułem, że wy, kapłani, powinniście wszyscy razem wznieść w górę Najświętszy Sakrament. I wtedy rozbrzmiały jeszcze głośniejsze oklaski.

W tym tak podniosłym momencie przynajmniej trzech z nas, dominikanów, kompletnie nic nie czuło. Dla wszystkich było oczywiste, że tak właśnie należy się zachować, ale jeśli chodzi o odczucia, wzruszenie – to nic w nas się nie działo.

AC: My, kapłani, zbyt wiele rozważamy, analizujemy – stąd tym bardziej musimy prosić Ducha Świętego o umiejętność otwarcia się, byśmy potrafili wychwycić każdy moment, chwilę obecną.

EP: Podążanie za Duchem Świętym często nie współbrzmi z odczuciami. Zazwyczaj bywa tak, że ci spośród nas, którzy są powołani do tego, by rodzić więcej owoców, czują mniej. Istnieje bowiem coś takiego jak płodność Krzyża, o której mówi św. Paweł: „Tak więc działa w nas śmierć, podczas gdy w was – życie” (2 Kor 4,12). Jego życie było ciągłym pasmem prób zewnętrznych i wewnętrznych – a który spośród apostołów w historii Kościoła był bardziej płodny od niego? Główne kryterium pozostaje zawsze to samo: owoce.

Gdziekolwiek pojedziemy, zawsze przychodzi dzień – drugi, trzeci naszego pobytu – gdy Kościół nie jest w stanie pomieścić wszystkich chętnych. Wczoraj ludzie siedzieli na podłodze w prezbiterium. Tak samo było u was w Warszawie, a przecież tamtejszy kościół jest olbrzymi. Jeśli widać, że ludzie przychodzą, reagują, odpowiadają – nie pozostaje nam nic innego, jak podążać za Duchem. Doświadczenie Ducha Świętego nie jest zatem faktem czysto emocjonalnym. W jakimś sensie dotyczy również emocji – powoduje uczucie ciepła, płacz – ale nie chodzi tylko o emocje.

Zatem nie każdy upadek na ziemię podczas nabożeństwa o uzdrowienie jest spoczynkiem w Duchu Świętym? Czasem może to być po prostu efekt psychologiczny?

AC: Czasem tak się zdarza, niemniej niezwykle trudno jest odróżnić to w sposób jednoznaczny. Zdarza się, że upadek mający swe źródło w psychice później zostaje przekształcony w dzieło łaski, w uzdrowienie. Mamy niestety tendencję do wskazywania, co Duch Święty powinien uczynić. Wielu uważa, że modlitwa charyzmatyczna to tylko emocje. Ale czy emocje nie pochodzą od Boga? Dlaczego więc nie brać ich pod uwagę? Używajmy ich więc – w określonym celu.
 
Istotne jest, abyśmy my, kapłani, nauczyciele wiary, nie zatrzymywali się tylko na emocjach, ale prosili o camino – drogę. Kapłan odpowiedzialny za ruch odnowy charyzmatycznej w Luksemburgu zauważył, że ludzie przychodzą do niego tylko po to, by porozmawiać. Była to zwyczajna gadanina, która, jak stwierdził, niczemu nie służy.

Zlikwidował zatem możliwość takich rozmów. Powiedziałem mu, że jest w błędzie. Jako duszpasterz, jako słuchacz tej gadaniny, powinien sprawdzić, czy potrafi dopomóc we wzroście osoby, która do niego przychodzi. Jeżeli ten człowiek przychodzi tylko po to, aby porozmawiać, wyżalić się, to po dwu, trzech razach możesz jej powiedzieć, że jest ci przykro, ale niestety, nie masz czasu, by go z nim tracić. Ty go skarcisz, a on albo się ocknie, albo straci wiarę.

Jednak jako wychowawca, kierownik duchowy powinien się modlić o uzdrowienie wewnętrzne, a kiedy ono nastąpi, wymagać rozwoju. Ten, kto naprawdę ma dar wewnętrznego uzdrawiania, nie potrzebuje kilkugodzinnych rozmów. W prawdziwym uzdrowieniu wewnętrznym Duch Święty udziela jasnych wskazówek, wyraźnie pokazuje element, który Jezus chce uzdrowić w czasie danego spotkania. Twoim zadaniem jest modlić się za tę jedną, konkretną ranę. Może to być rana o charakterze emocjonalnym, może być związana z przeszłością, z dziedzictwem naszych przodków. Masz się modlić tylko o to – nie zaczynać od Adama i Ewy, a kończyć na Apokalipsie.

Módl się tylko o to jedno, a potem wymagaj wzrostu. Zaznacz, że spotkasz się z tą osobą po raz kolejny dopiero wtedy, kiedy wykaże się poprawą, kiedy obierze właściwą drogę i zacznie nią postępować. W takim wypadku coś się dzieje. W przeciwnym – chodzi tylko o powtarzanie ciągle tych samych słów, których mimo wszystko słuchasz, bo wydaje się to twoim – jako kapłana – obowiązkiem. A to nieprawda.

EP: Różnych aspektów uzdrowienia nie wolno zbytnio od siebie oddzielać, bo człowiek stanowi całość. Istnieje ryzyko, że odrzuci się to, co dobre, aby ocalić jeden tylko aspekt. Wielu kapłanów mówi, że w swoim posługiwaniu spotykają się z histerią, że ludzie świadomie rzucają się na ziemię. Tego powinniśmy unikać. Jeśli natomiast upadki mają miejsce w czasie modlitwy, często są uzdrowieniem na poziomie psychiki.

Wielu kapłanów pyta, czy jest to czynnik psychiczny, czy duchowy. Odpowiadamy: psychiczny – bo duchowy, duchowy – bo psychiczny. Sam święty Ignacy, kiedy uczy medytacji, wskazuje na znaczenie wyobraźni. Dlaczego nie mamy korzystać z wyobraźni, którą w dzisiejszej, tak racjonalnej teologii, coraz bardziej zatracamy? Kiedy spotykamy Jezusa, może się pojawić krzyk, radość, oklaski. Religia, w której tego brak, to religia martwa. Na stadionach wszyscy szaleją za piłką, a my nie możemy szaleć dla Boga?

Kiedy i w jaki sposób przychodzą w modlitwie słowa rozeznania? Jak to się odbywa?

EP: Wiele jest form rozpoznania. Każdy czuje na swój własny sposób. Niektórzy mają odczucia fizyczne: nagle pojawiający się ból w określonej części ciała. Wtedy ogłaszają uzdrowienie. Dla innych, tak jak to jest w moim wypadku, to raczej chwilowa intuicja: „czujesz” słowo i musisz zdobyć się na odwagę, aby je wypowiedzieć. Bywa to niezwykle trudne. Masz powiedzieć, że Pan uzdrawia osobę z danym problemem, czasem możesz nawet uściślić, w jaki sposób to uzdrowienie się odbyło. Ale w momencie, gdy to czujesz, pojawia się dylemat, czy to czasem nie tylko wyobraźnia, czy powiedzieć, czy nie. To jak natrętna myśl, która powraca. Wtedy, w akcie wiary, możesz spytać Boga, czy ta myśl pochodzi od Niego. Jeśli nie – prosisz, by ją od ciebie odsunął. Jeśli myśl mimo to powraca, to znak, że pochodzi ona od Pana.

AC: Każdy rozpoznaje to inaczej. Jedno jest wspólne: w wypadku wszystkich uzdrowień – fizycznych, psychicznych czy duchowych – trzeba mieć odwagę powiedzieć pierwsze słowo. Jest to twój akt wiary. Reszta przychodzi sama.

Trzeba też zawsze rozeznać, czy lepiej wypowiedzieć je na głos, czy nie. Na początku doświadczenia z Duchem Świętym wydaje ci się, że możesz uzdrowić wszystkich. Potem stopniowo wszystko ulega zmianie. Teraz jestem na takim etapie, kiedy uważam, że ogłoszenie uzdrowienia nie jest najważniejsze. Pan działa i tak. Potem ludzie przychodzą i opowiadają o uzdrowieniach.

A masz jakąś ulubioną historię drogi, którą ktoś rozpoczął po uzdrowieniu?

AC: Nie napisałem jeszcze żadnej książki, bo w takich wypadkach istnieje niebezpieczeństwo pychy. Niemniej chciałbym, nie pod swoim imieniem, spisać wszystkie spoczynki w Duchu Świętym, z jakimi się dotąd spotkałem.

Ostatnio na przykład przeżywam cudowne doświadczenie, związane z ciemnoskórą dziewczyną, której listy z opisami spoczynków w Duchu Świętym przechowuję od sześciu lat. Doszła do takiego punktu, że Jezus sam do niej przemawia. Przychodzi do mnie, przez chwilę opowiada, a kiedy zaczynamy się modlić, wchodzi w stan spoczynku i Jezus zaczyna do niej mówić. Udziela wskazówek co do jej postępowania, każe mnie pytać, czy się zgadzam. Na co ja nieodmiennie odpowiadam: „Jasne, że się zgadzam”.

Ta dziewczyna jest chora na cukrzycę. Na początku, sześć lat temu, wydawało się, że w spoczynku, w obecności Matki Bożej, Pan ją uzdrawiał poprzez przepłukanie żył. Byłem bardzo szczęśliwy. Aż pewnego dnia powiedział: „Nie, nie uzdrowię cię. Kiedyś wyjaśnię ci, dlaczego”.

Poczułem się rozczarowany, ale ona w międzyczasie poczyniła olbrzymie postępy duchowe, aż dwa lata temu ujrzała leżący na ziemi duży drewniany krzyż. Do krzyża przybity był Jezus, cały we krwi. Straszny widok. Jezus spojrzał na nią cierpiącym wzrokiem i powiedział: „Teraz zrozumiesz, dlaczego cię nie uzdrowiłem. Czy jesteś gotowa oddać życie jako ofiarę za wspólnotę i za Kościół?”. Na początku się opierała, później jednak powiedziała: „Tak”. Od tej pory stan jej zdrowia zaczął się pogarszać – cukrzyca posuwa się w szybkim tempie, dziewczyna cierpi straszne bóle, zaczyna tracić wzrok. I cały czas powtarza: „Tak”.

Podobno Bóg obdarzył cię jeszcze innym niezwykłym darem.

AC: Nie przychodzi on zbyt często, ale mam szczególną zdolność widzenia duchowej specyfiki danego miejsca, która zrodziła się przed wiekami. Wygląda to jak proroctwo. Tak, jakby Bóg prosił obecnych, aby wykonali określoną rzecz w celu wyeliminowania dawnego przekleństwa, wynikającego z obecności masonerii lub z praktyk okultystycznych.

Na południu Brazylii, na granicy z Argentyną i Paragwajem, znajduje się brama narkotykowa. Stamtąd narkotyki trafiają na teren całej południowej Brazylii. Pewnego razu, odprawiając Mszę Świętą w tamtej okolicy, powiedziałem: „Czuję, że Pan prosi was, abyście raz w miesiącu zbierali się na intensywnym nocnym czuwaniu, aby zapobiec śmierci w wyniku zażywania narkotyków”.

Z początku nikt nie zareagował. Mimo to zapewniłem, że adoracja zapobiegnie wypadkom śmierci spowodowanej narkotykami. Po Mszy dowiedziałem się, że rzeczywiście było tak, jak przeczuwałem: każdego tygodnia ginęli ludzie. Po siedmiu miesiącach spotkałem ponownie koordynatora ruchu charyzmatycznego z Florianopolis. Spytałem o tę sprawę, a on opuścił głowę i powiedział: „Miał ojciec rację. Przez pięć miesięcy pozostaliśmy wierni czuwaniu i przez te pięć miesięcy nikt nie zginął. Potem jednak zaprzestaliśmy go i śmierć wśród młodych wróciła”.

Co za odpowiedzialność!

EP: Odpowiedzialność wobec świata! Polska jest w tej kwestii obarczona szczególną odpowiedzialnością, bo to kraj powierzony Maryi. Prawdopodobnie dlatego Szatan wielokrotnie próbował zniszczyć naród polski. Wie, że Polska jest spichlerzem powołań dla nowej ewangelizacji Europy. Dlatego w najbliższych latach będzie próbował zniszczyć wszystko, co dobre – i dlatego tak ważne jest utworzenie silnego łańcucha modlitwy i adoracji. Mam tu na myśli przede wszystkim młodzież – różaniec i Eucharystia to największe filary w walce przeciw złu!

Kuzyn jednego z naszych braci pojechał niedawno do Brazylii, aby poznać rodzinę swojej narzeczonej. Z jego opowiadania wynika, że cały czas trzeba uważać, bo jest się potencjalną ofiarą. Jak w takich warunkach prowadzić ewangelizację?

EP: Kiedy wychodzimy, aby ewangelizować, bardzo często grozi się nam śmiercią. Niejednokrotnie zdarzało się, że napadano na nas z nożem czy bronią palną. Na szczęście działaniu charyzmatów nie mogą się oprzeć nawet bandyci. Pewnego razu podszedł do mnie człowiek ze stalowym prętem, którym chciał mnie zabić. Powiedziałem, że jestem kapłanem i zaproponowałem, abyśmy pomodlili się przez chwilę, zanim mnie zabije. W Brazylii wszyscy są bardzo religijni – także bandyci lubią być błogosławieni. Zanim napadną na bank, wspólnie odmawiają Ojcze nasz, aby akcja się udała.

Zacząłem się więc za niego modlić. Wtedy on się rozpłakał i opowiedział mi swoją historię.

Mieszkał w pustostanie – ogromnym bloku, w którym przebywało dwa tysiące ludzi. Nie posiadał prawie nic. Nie miał nawet kuchenki, na której mógłby podgrzać mleko dla dziecka. Ta sytuacja zmuszała go do kradzieży. Poprosiłem go o adres, obiecując pomoc, zwłaszcza dla dzieci. Po kilku dniach pojechaliśmy tam i okazało się, że adres był fałszywy. Jako złodziej obawiał się jednak, że go wydamy.

Zaczęliśmy więc się modlić na różańcu i po kwadransie modlitwy i chodzenia po okolicy spotkaliśmy go, gdy wychodził ze swojego mieszkania. Zobaczywszy nas, zbladł – byłem w towarzystwie dwu misjonarzy, których wziął za policję. Pomodliliśmy się za niego, daliśmy to, co przynieśliśmy. Najbardziej chcieliśmy podarować mu kuchenkę, ale był to czas, kiedy nie mieliśmy nawet łóżek, spaliśmy na podłodze, sami więc mieliśmy tylko jedną, w dodatku dwupalnikową. Na koniec on się nawrócił, a my w ciągu dwu tygodni otrzymaliśmy cztery nowe czteropalnikowe kuchenki z piekarnikiem.

Napady, które was dotykały, miały charakter czysto rabunkowy czy też były spowodowane tym, że głosicie Ewangelię?

EP: Nigdy nie grożono nam z powodu głoszenia Ewangelii. Pracujemy w takich środowiskach, bo to właśnie jest naszym powołaniem. Niesiemy Ewangelię tam, gdzie występują narkotyki, prostytucja, a ponieważ są to miejsca, w których przemoc jest na porządku dziennym, w naturalny sposób wystawiamy się na dość duże ryzyko. W związku z tym, że niektórzy z misjonarzy mieszkają w fawelach, narażeni są bezpośrednio na strzelaniny.

Dzień przed naszym przyjazdem do Polski zadzwonił do nas jeden z misjonarzy z Rio de Janeiro, mówiąc, że leżą na podłodze, bo nad nimi śmigają pociski – właśnie trwała wojna między policją a handlarzami narkotyków. Jak widać, misjonarze żyjący w bezpośrednim kontakcie z najuboższymi muszą brać pod uwagę możliwość utraty życia w każdej chwili. Dlatego w naszej formacji bardzo dużo mówimy o męczeństwie. Kiedy pojawiają się u nas nowi misjonarze, mówimy: „Możemy wam obiecać tylko jedną rzecz: bardzo dużo cierpienia. Oferujemy wam krzyż, ale jest to droga radości”. Młodych nie wolno oszukiwać.

Podczas Mszy w Poznaniu opowiadaliście historię przestępcy, który się nawrócił, a następnie został zamordowany w noc Bożego Narodzenia. Czy w takich sytuacjach misjonarze nie są postrzegani jako ci, którzy przeszkadzają w interesach?

EP: Przestępcy wiedzą, że zawsze jesteśmy do dyspozycji – gotowi do pomocy wtedy, kiedy jej potrzebują. Często ukrywamy u siebie – przed innymi przestępcami lub przed policją – przestępców, których życie jest zagrożone. Pomagamy też policjantom. Kiedy ma się do czynienia z narkotykami, czasem nie wiadomo, kto jest większym przestępcą.

Istnieje bowiem krąg przemocy, obejmujący wszystkie warstwy społeczne, ale jednocześnie istnieje krąg dobra – i ten także przenika wszystkie klasy społeczne. Naszym marzeniem jest utworzenie mostu miłosierdzia między bogatymi a ubogimi. Dzisiaj bogaci postrzegają ubogich jako zagrożenie. I odwrotnie – ubodzy widzą zagrożenie w bogatych.

Przestępcy i policja patrzą na siebie dokładnie tak samo. Dlatego ewangelizując przestępców, jednocześnie ewangelizujemy także policję. Są policjanci, którzy nawróciwszy się, proszą nas, abyśmy pomogli im w rozpropagowaniu nowego sposobu myślenia. Miałoby to polegać na zmianie sposobu patrzenia na ludzi: aby nie postrzegać przestępców jako szkodników do wyeliminowania, ale jako tych, którym trzeba pomóc zmienić życie.

Z drugiej strony nawróceni przestępcy proszą, abyśmy modlili się o nawrócenie dla policjantów. Pragną im pomóc w znalezieniu wyjścia z kultury śmierci i przemocy.

W tym kontekście wyraźnie widać prawdziwość słów Jana Pawła II, który mówił, że żyjemy w sytuacji konfliktu między kulturą śmierci i kulturą życia.

W jaki sposób episkopat odnosi się do sytuacji w Brazylii?

AC: Po Soborze Watykańskim II zaczęła kiełkować teologia wyzwolenia, którą zainicjował ksiądz Gustavo Gutiérrez. W Brazylii połączyła się ona z marksizmem. Wyeliminowano tabernakula, klęczniki, kult świętych; wszystko zostało objęte laicyzacją, kapłan nie miał nic do powiedzenia.

Tę linię teologiczną przyjęli także biskupi. Wtedy pojawił się Jan Paweł II, który w ciągu 26 lat stopniowo, z dużą ostrożnością zastępował ówczesnych biskupów nowymi. Jednocześnie rodził się ruch Odnowy w Duchu Świętym. Od jakichś pięciu, sześciu lat znajdujemy się w nowej fazie. Mamy nowych biskupów. Teologia wyzwolenia upadła, ponieważ Brazylijczycy spodziewali się świętych i uzdrowień, a nie znajdując tego, przeszli do Kościoła ewangelickiego. Mamy dziś do czynienia z nową, bardziej otwartą teologią.

EP: Duży nacisk kładzie się na nową ewangelizację. Biskupi często posługują się sformułowaniem: „Jest wielu ochrzczonych, ale niewielu zewangelizowanych”. W oparciu o słowa Jana Pawła II nawołują do nowej ewangelizacji, wnoszącej nowe metody i formuły. W Kościele brazylijskim zachowały się pewne elementy teologii wyzwolenia – bo przecież nie wszystko nadawało się tylko do wyrzucenia.

Sam Jan Paweł II podkreślał zresztą wagę kontynuowania teologii wyzwolenia, tyle że we właściwym kierunku. Chodzi o teologię, która przemieni życie, będzie niosła sprawiedliwość społeczną. Jan Paweł II użył znamiennego sformułowania: „Dzisiejszy człowiek przestał wierzyć w Boga, dlatego wierzy we wszystko”.

Tak naprawdę nie ma prawdziwych ateistów. Są tylko ludzie, którzy odrzuciwszy Jezusa, wierzą w przepowiednie, magię, astrologię. Dlatego dla nas najważniejszym hasłem jest: „Coraggio!”, czyli „Odwagi!”. Wyobraź sobie, gdyby sami tylko dominikanie wyszli na ulice głosić… Trzeba się za to zabrać, zanim będzie zbyt późno.

Wojciech Prus OP
Przełożyła Emilia Martini

***

Ojcowie Antonello i Enrique początkowo pracowali we Włoszech (Rzym, Mediolan) w środowiskach artystycznych, służąc im modlitwą. Obecnie mieszkają w Sao Paulo w Brazylii. Zajmują się pracą z najbardziej potrzebującymi w tamtejszych fawelach. W 2000 roku założyli Wspólnotę Przymierze Miłosierdzia, która pracuje z ludźmi ulicy, prowadzi dla nich 20 domów i głosi im słowo Boże. Jej działania społeczne i ewangelizacyjne zostały docenione w 2003 roku przez gubernatora prowincji Sao Paulo, który uhonorował stowarzyszenie najwyższym odznaczeniem – Medalem Konstytucji. W maju 2008 roku ojcowie Antonello i Enrique prowadzili rekolekcje w kilku klasztorach dominikańskich w Polsce. Gromadziły one tłumy wiernych, a przepowiadaniu misjonarzy towarzyszyły znaki takie jak spoczynek w Duchu Świętym czy uzdrowienia.


Aliança de Misericórdia | Przymierze Miłosierdzia | PM Wolsztyn
Copyright © 2013-2017 Przymierze Miłosierdzia w Wolsztynie